Katarzyna Targosz - Szlak Kingi (fragment)

Tydzień wcześniej

Maj wybuchnął kolorami, zaskakując tym jak co roku. Po ospałym początku, leniwym skradaniu się i subtelnym składaniu obietnic wiosna w kilka dni gwałtownie zalała miasto feerią barw i słonecznych promieni. Przybrała drzewa w soczystą zieleń, zaróżowiła krategusy i pobieliła kasztanowce. Rozsiane po alejach i parkach bzy upajały swoim słodkim zapachem. Fontanny obudzone z zimowego snu radośnie tryskały na co drugim skwerze. Niczym wiosenne kwiaty rozkwitały kolejne kawiarniane parasole i budki z lodami. Place zabaw rozbrzmiewały gwarem dziecięcych głosów, a nadrzeczne bulwary zaroiły się od spacerowiczów.
Miasto odżyło, zrzucając z siebie zimowe szarości, a jednocześnie powoli zaczynało wpadać w letnią senność i skwarne odurzenie. Maj przyniósł też upały. Słońce świeciło niestrudzenie z idealnie bezchmurnego nieba, a żaru nie rozpraszał najlżejszy nawet podmuch wiatru. Betonowe konstrukcje i wstęgi asfaltu, tworzące miejską przestrzeń, zdążyły się już nagrzać, czyniąc powietrze dusznym i ciężkim.
Idąc przez nasłoneczniony parking, Kinga czuła, jak cienka bluzka przykleja się jej do pleców. Obcasy czółenek delikatnie zapadały się w rozmiękczony od skwaru asfalt. Myślami była już w klimatyzowanym wnętrzu redakcji, choć ta wizja wcale nie przynosiła jej ulgi. Owszem, w biurze będzie mogła odetchnąć chłodnym powietrzem, jednak na żaden inny rodzaj wytchnienia nie mogła tam liczyć. Wręcz przeciwnie – każde wejście do redakcji wiązało się ze stresem.
Właściwie w życiu Kingi wszystko wiązało się ze stresem. Czasami miała wrażenie, że była jak wieczny rozbitek, szaleńczo próbujący utrzymać się na dryfującej po wzburzonych wodach desce. Pośród tego sztormu od czasu do czasu pojawiały się fatamorgany – wizje bezpiecznych wysp na horyzoncie, gdzie wreszcie będzie można rozluźnić chwyt i powiedzieć: „Przetrwałam”. Ostatecznie zawsze okazywało się to tylko mrzonką. Nigdy nie dotarła do żadnej wyspy, nigdy nie było jej dane przybić do bezpiecznego portu. Rok po roku, dekada po dekadzie życie serwowało Kindze jedynie nowe sztormy. I była tym już bardzo zmęczona...
Jeszcze do niedawna miała nadzieję – czuła, że coś dobrego gdzieś tam na nią czeka, że wreszcie odnajdzie upragniony „suchy ląd”. Kiedy jednak zdmuchnęła trzydzieści pięć świeczek na urodzinowym torcie (zdmuchnęła metaforycznie, bo żadnego tortu ani świeczek w rzeczywistości nie było), dotarła do niej gorzka prawda, że jej życie już zawsze będzie tylko walką o utrzymanie się na powierzchni. Żadnego księcia z bajki, żadnego małego białego domku czy bezpiecznego schronienia. Ani żadnego awansu.
A tak na niego liczyła!
Praca była dla niej najważniejsza, bo też niewiele więcej poza nią miała. Łudziła się, że oddając się bez reszty obowiązkom zawodowym, w końcu uda się jej coś osiągnąć. Była ambitna i marzyła o czymś więcej niż pisanie artykułów reklamowych, recenzji kosmetyków czy relacji z otwarć nowych klubów. Oczywiście, pracując w czasopiśmie kobiecym, nie ma co liczyć na Nagrodę Pulitzera, jednak nawet tam można było tworzyć wartościowsze teksty niż te, które przypadały jej w udziale. Kinga pragnęła poruszać gorące tematy, pisać o prawdziwym życiu konkretnych ludzi, o ich wzlotach i upadkach, szczęściach i dramatach.
Po ciuchu liczyła, że przy okazji gromadzenia materiałów do takich reportaży natrafi pewnego dnia na jakąś nieodkrytą wcześniej rewelację, której opisanie wywinduje ją na szczyt kariery.
Teraz jednak były to już tylko marzenia ściętej głowy.
Kiedy dowiedziała się, że w redakcji zwolniło się miejsce – takie, które dawało jej możliwość rozwinięcia skrzydeł – była niemal pewna, że to ona na nie awansuje. Zawsze była sumienna i niezawodna, nie spóźniała się z oddawaniem tekstów, pilnowała terminów i szczegółów, a często nawet wykonywała pracę za innych. Ktoś zawalił, ktoś czegoś nie dokończył? Kinga pomoże, Kinga to zrobi. Tak było zawsze.
To, że upragniona przez nią posada przypadła ostatecznie komuś innemu, było jak cios w plecy. W pierwszej chwili miała ochotę rzucić całą tę robotę, ale nie mogła tego zrobić. Ta praca była jedyną rzeczą, która nadawała jej życiu jakikolwiek sens. Trzymała się jej jak deski na wzburzonym oceanie życia.
Jej przyjaźnie były płytkie i powierzchowne i nie dawały prawdziwego oparcia. Sebastian od dawna jej nie potrzebował, a związek... – lepiej nie mówić.
Kinia, Kinia, dobrze, że jesteś! – zawołała ruda Dorota, kiedy tylko Kinga przekroczyła próg redakcji i wciągnęła do płuc haust chłodnego, suchego powierza.
Cześć. Co tam, na dzień dobry mamy kolejny kryzys?
Oj, ty od razu wszystko w czarnych barwach! Mam dla ciebie temat i chciałam ci o tym powiedzieć, zanim przyjdzie reszta.
Dla mnie? – zdziwiła się Kinga, rozsiadając się przy swoim biurku, sąsiadującym z biurkiem Doroty.
Bluzka, która wcześniej kleiła jej się do pleców, teraz nieprzyjemnie ziębiła, schłodzona powiewem z klimatyzacji. Choć był dopiero poranek, Kinga już czuła się nieświeżo i marzyła o kąpieli. Wyjęła z torebki malutki flakonik ulubionych perfum o słodkim kwiatowym zapachu i ukradkiem się nimi spryskała.
Słuchaj, Kinia – kontynuowała Dorota. – Naczelny przed chwilą przyszedł z tym do mnie, ale ja naprawdę nie dam rady.
Aha, czyli znowu mam ratować sytuację?
Nie, to nie tak, kochana! Pomyślałam, że się ucieszysz. Każdy by się ucieszył.
Kinga przestała rozkładać rzeczy na biurku i wreszcie spojrzała na Dorotę. Lubiła ją. Pracowały razem już kilka lat, plotkowały i chodziły czasem po pracy na wspólną kawę czy drinka. Choć sporo je różniło, dobrze się dogadywały, a poza tym rudowłosa czterdziestolatka miała pewną cechę, którą Kinga bardzo ceniła – umiała utrzymywać dystans. Nie osaczała swojej znajomej nadmierną zażyłością i nie zacieśniała więzów przyjaźni bardziej, niż Kinga byłaby to w stanie udźwignąć.
Każdy, ale nie ty? – zapytała nieco rozbawiona.
Kinia, kochana, sama bym w podskokach leciała na ten temat, ale mówię ci, nie dam rady. Zbiega się to w czasie ze ślubem mojej siostrzenicy.
No dobra, mów, co to za smakowity kąsek.
Weekend w górach – oznajmiła Dorota, szczerząc w uśmiechu duże zęby i teatralnie rozkładając dłonie. Szopa jej rudych loków zadrżała, jakby dla podkreślenia przejmującego efektu. Brakowało tylko dźwięku fanfar. – Weekend w górach za free, sponsorowany przez redakcję. Rewelacja, nie?
Zależy... Jeśli to relacja z kolejnego nudnego eventu, to wcale nie tryskam entuzjazmem.
Otóż nie, moja droga. Kilka chwil pracy, a reszta to sam odpoczynek.
Dorota, zachowujesz się jak sprzedawca garnków. Zachwalasz i zachwalasz, więc musi w tym być jakiś haczyk.
Kinia, no mówię ci, że sama przyjemność. Każdy by się połakomił. Poprosiłam Szczepana, żeby się wstrzymał z przydzielaniem tego tematu, dopóki nie zapytam ciebie.
Dorota pracowała w redakcji od samego początku jej istnienia i miała rewelacyjne układy z naczelnym. Gdyby tylko chciała, już dawno mogłaby awansować i to kilkakrotnie, jednak, w przeciwieństwie do Kingi, była w pełni zadowolona z pisania o perfumach, kremach i pielęgnacji skóry.
Myślę, że tobie najbardziej przyda się taki wyjazd – kontynuowała rudowłosa dziennikarka. – Oderwiesz się od problemów i tych akcji z Pawłem. A tak przy okazji... coś się wyjaśniło?
Kinga zapatrzyła się w bladoróżową plastikową podkładkę pokrywającą blat jej biurka. Kupiła ją w Biedronce. Kosztowała złoty dziewięćdziesiąt dziewięć. Śmieszna suma, za którą Kinga nadała swej biurowej przestrzeni bardziej indywidualny charakter. Olek, grafik siedzący naprzeciwko, uznał ją za przesłodzoną i infantylną, natomiast Aneta – ostatnia z osób zajmujących ich pokoik – następnego dnia pojawiła się w biurze z taką samą.
I to by było na tyle, jeśli chodzi o indywidualny charakter przestrzeni w pracy.
Z Pawłem... – powiedziała Kinga, nie odrywając oczu od różowej powierzchni stołowego gadżetu. – Kiepsko raczej...
No, ale wyjeżdża, czy nie?
Chyba tak... Mówił, że też mogę jechać.
Do Kopenhagi?
Mhm.
No i co?
No i nic.
Może to jest myśl? Taki wyjazd... To brzmi całkiem nieźle.
Dorota, nieźle?! Jak ty to sobie wyobrażasz?! – Kinga podniosła głos akurat w momencie, kiedy do pokoju wszedł Olek.
Dziewczęta, złość piękności szkodzi – zakomunikował od drzwi.
Ciebie też miło widzieć – rzuciła Dorota. – Choć, Kinia, idziemy zapalić.
Ale palenie pewnie szkodzi piękności jeszcze bardziej niż złość, co, Oluś? – Kinga podjęła żartobliwy ton.
Choć praca w redakcji była stresująca, to wesołe towarzystwo sprawiało, że bywały i lepsze momenty. Miała przynajmniej to szczęście, że trafiła na sympatyczny i dobrany zespół. No, może pomijając Anetę, ale ta młodziutka dziewczyna po prostu za bardzo starała się wpasować, co przeważnie przynosiło odwrotny skutek.
Dym konserwuje – odparła Dorota, po czym chwyciła swą ogromną torebkę i machając na Kingę, skierowała się do drzwi.
Na zewnątrz uderzył w nie żar. Był niczym siarczysty cios wymierzony w twarz.
Ale upał – westchnęła Dorota. – W górach na pewno będzie przyjemniej.
A coś ty się tak na te góry nakręciła?! 
Kinga przyjęła papierosa, którym poczęstowała ją koleżanka. Choć nie była palaczką, czasami – jak w tamtej chwili – paliła dla towarzystwa.
Słuchaj, Kinia. Kameralny ośrodek, artykuł sponsorowany. Łapiesz? Tylko się tam pojawiasz, właściwie nic nie robisz. Pokazujesz się, zadajesz kilka zdawkowych pytań, a potem cały weekend dla ciebie.
Kinga dobrze znała ten rodzaj tematów i wcale za nimi nie przepadała. Nie miały nic wspólnego z dziennikarstwem. Dany obiekt – najczęściej był to ekskluzywny hotel albo salon kosmetyczny – zamawiał reklamę w gazecie w formie artykułu. „Skarby tatrzańskiej przyrody”, „Tajemnice serca puszczy”, „Moc ziołolecznictwa” – to przykładowe tytuły artykułów, które miały sprawiać ważenie, że wcale nie są reklamą. Kilka zdań o urokach danej miejscowości lub zaletach konkretnej kuracji, a potem tak zwane lokowanie produktu, czyli w tym przypadku – zachwalanie obiektu formułkami napisanymi przez speców od marketingu.
Skaczę z radości.
Kinia!
No dobra, dobra. Może i masz rację, oderwanie się od codzienności dobrze mi zrobi. Gdzie to i kiedy?
W pierwszy weekend czerwca. Mam nadzieję, że nie miałaś żadnych planów?
Nie, jest mi to nawet na rękę. Będę mogła wykorzystać ten czas na przemyślenia przed wyjazdem Pawła.
Widzisz! A może, jak przewietrzysz głowę, to rozwiązanie samo się pojawi.
Z ciebie to wieczna optymistka! – Kinga zgasiła w połowie wypalonego papierosa w popielniczce stojącej przy wejściu do budynku. – Nie powiedziałaś mi jeszcze gdzie. Mam nadzieję, że to co najmniej Saint Moritz albo Davos.
Krościenko nad Dunajcem.
Co?!
Krościenko nad Dunajcem. Taka mała miejscowość w Pieninach.
Nie wierzę... Czemu ja zawsze muszę mieć wszystko takie... Takie na pół gwizdka? Czemu nigdy nic nie może być fantastycznie? Chociaż raz...
Kinia, bo ty sama zawsze szukasz dziury w całym. Kochana, czasem mam wrażenie, że jesteś nieszczęśliwa na własne życzenie – oznajmiła Dorota, przekraczając tym samym tak cenioną przez Kingę granicę w ich relacjach.
Kinga odezwała się, kiedy już weszły do budynku, a ton jej głosu był tak samo chłodny, jak powietrze z klimatyzacji, które je owiało:
Nie, Dorota, ja po prostu mam pecha. Nie mogę być szczęśliwa, nie każdy może.
*
Dalsza część dnia w redakcji upłynęła, jak co dzień. Kinga ustaliła z naczelnym, że bierze temat Krościenka i otrzymała więcej informacji, które tylko dodatkowo ją przygnębiły. Właściwie zaczynała żałować, że się zgodziła.
Po co jej to było? Gdyby jeszcze miała szansę na spędzenie weekendu w jakimś luksusowym kurorcie, gdzie mogłaby zażyć masaży, kojących zabiegów i popijać drinki z palemką. Ale nie wierzyła, że uda się jej zrelaksować w jakiejś podrzędnej górskiej dziurze, w której jedyne dostępne rozrywki to łażenie po lesie i plotkowanie z emerytkami.
Kiedy miała już wychodzić z pracy, przygnębiona perspektywą przedzierania się do domu przez rozgrzane i duszne miasto, do redakcji wbiegła Aneta, która tego dnia pracowała w terenie.
Muszę wam coś opowiedzieć! – zawołała, wpadając z impetem do pokoju.
Kinga odłożyła torebkę na biurko, chętna posłuchać, co też mogło spotkać tę dziewczynę.
Aneta była pełna typowego dla młodych ludzi zapału i entuzjazmu. We wszystkim widziała ciekawy temat na artykuł i wszystkim się ekscytowała. Być może, tak jak kiedyś Kinga, marzyła o wielkiej dziennikarskiej karierze. Kto wie, może będzie jej dane ją zrobić, choć bardziej prawdopodobne wydawało się, że życie z biegiem lat zweryfikuje te młodzieńcze oczekiwania.
Słuchajcie, dziewczyny!
I chłopcy – dodał Olek, zerkając zza monitora.
Słuchajcie, to niesamowite! – kontynuowała Aneta, zbyt zaaferowana, by zwrócić uwagę na grafika. – Wiecie, że robię teraz reportaż o wróżbiarstwie...
Kinga miała ochotę zwrócić jej uwagę, że „reportaż” to stanowczo za dużo powiedziane, ale sobie darowała. Nie ona była od sprowadzania na ziemię tej wesołej blondyneczki, życie zrobi to najlepiej.
I co, nauczyłaś się rzucać zaklęcia? Pozmieniasz nas w żaby?
Olek, daj dziewczynie spokój! – Dorota upomniała kolegę. – Ja chcę posłuchać, to ciekawy temat.
To czarujcie beze mnie, bo na mnie już czas. – Grafik podniósł się zza komputera. – Tylko mi tu jakiegoś sabatu nie zróbcie. I tak już mi ciężko z trzema babami w jednym pokoju.
Też cię uwielbiamy, Oluś – zawołała Dorota za wychodzącym kolegą. – Ale jak nam podpadniesz, to cię złożymy w ofierze.
Aneta zachichotała. Grafik machnął ręką na pożegnanie, bardziej niż towarzyskim przekomarzaniem zainteresowany powrotem do domu. Kinga słuchała tej wymiany zdań, siedząc na biurku, ale tym razem żarty koleżanki jakoś jej nie bawiły.
No i dobrze, że sobie poszedł. Po co nam chłop na babskich pogaduszkach?! – podsumowała Dorota. – Mów, Anetka, co z tymi wróżbami. Mnie takie rzeczy interesują.
Serio? – zdziwiła się Kinga. – Przecież to jakieś bzdury dla naiwnych staruszek. Bez obrazy, Dorotka.
Właśnie nie! – zakrzyknęła Aneta z wypiekami na twarzy. – Ja też nie do końca w to wszystko wierzyłam, ale, wiecie, w ramach reportażu...
„Znów to słowo” – pomyślała Kinga.
...przetestowałam jedną wróżkę. Sama na sobie! I jestem w szoku!
Wróżkę?! Dziewczyny, przypominam, że mamy tu redakcję pisma dla kobiet, a nie dla oszołomów.
Kinia, a ty co?! – obruszyła się Dorota. – Czemu się czepiasz młodej?
Bo ja w takie bzdury nie wierzę. Nie ma żadnych nadprzyrodzonych mocy, żadnych wróżb, żadnych wpływów gwiazd, żadnych uzdrawiających kamieni, żadnych aniołów ani diabłów. To wszystko tylko sztuczki, żeby naciągać naiwnych i doić z nich kasę.
No i fajnie... – Dorota wzruszyła ramionami. – Nie wierz sobie, twoje prawo, ale ja wierzę w magiczne siły i jestem ciekawa tej historii.
No dobra, to co z tą wróżką? – Kinga dała za wygraną, widząc, że jest na straconej pozycji.
Powiedziała mi wszystko! Wszystko, co jest i co było w moim życiu! Skąd niby mogła to wiedzieć?! – podjęła swą opowieść Aneta, nerwowo odrzucając z twarzy pasemka w kolorze różowego blondu. – I oczywiście powiedziała mi wszystko, co będzie...
Tak? To co cię czeka? Książę na białym koniu i worki pieniędzy?
Kinga, jak nie wierzysz, to sama do niej idź i się przekonaj! Mogę się założyć, że wtedy już nie powiesz, że to bzdury! – Aneta pierwszy raz odważyła się postawić starszej koleżance.
A wiecie, że to jest świetny pomysł! – zapaliła się Dorota. – Ja też pójdę!
Kinga patrzyła na koleżanki z politowaniem. Miała wrażenie, że nagle coś odebrało im rozum.
Wróżby, magie?! Czyżby świat cofnął się o setki lat? Wszystkie te okultystyczne brednie to tylko naciągane bajeczki dla naiwnych. Wiejskie babcie, zdesperowane kury domowe czy łatwowierne nastolatki – one ewentualnie mogły się na nie nabierać, ale wykształcone dziennikarki, które powinny wyczuwać fałsz na kilometr?!
Dobra, pójdę! – oznajmiła. – Pójdę nawet jutro, żeby udowodnić wam, że to same bujdy!
*
Dorota również zadeklarowała chęć odwiedzenia wróżki. Wzięły od Anety namiary na tę kobietę i od razu zadzwoniły, by się umówić. Szybko przekonały się, że wcale nie jest to takie proste, jak myślały. Wróżka okazała się wielką szychą w swojej branży i wolne terminy miała w kalendarzu dopiero za kilka tygodni. Kiedy się jednak dowiedziała, że dzwoniące są dziennikarkami i znajomymi piszącej o niej artykuł Anety, „magicznie” – jak na wróżkę przystało – znalazła czas na spotkanie już następnego dnia.
Trzeba będzie to jakoś załatwić ze Szczepanem – zauważyła Kinga, gdyż wyznaczony przez wróżkę termin wypadał w godzinach ich pracy.
Zostaw to mnie – uspokoiła ją Dorota. – Załatwię nam dwie godzinki wolnego. A teraz... – Zerknęła na zegarek. – Długo wyczekiwana chwila wolności. Kinia, idziemy się czegoś napić?
Jeśli masz czas.
A co, mam do pustego domu wracać? Stefan jeszcze w robocie.
Chwilę później siedziały już w kawiarnianym ogródku nieopodal budynku redakcji. Rozłożony nad ich głowami parasol chronił od słońca, ale nie od skwaru. Wkoło było głośno i tłoczno, gdyż upalna pogoda zachęcała do spędzania czasu w tego typu miejscach. Zimne piwo lało się strumieniami, więc i one się skusiły. Na tę okoliczność Kinga postanowiła zostawić samochód na biurowym parkingu i wrócić do domu tramwajem. Często tak robiła, bo kilka łyków alkoholu po pracy od jakiegoś czasu stało się jej nawykiem.
Powiedz mi, czemuś ty taka cięta na tę wróżkę? – zapytała ze śmiechem Dorota, kiedy już upiła nieco złocistego napoju ze swojej szklanki.
Po prostu nie lubię, jak się z ludzi robi idiotów. Ja sumiennie i rzetelnie wykonuję swoją pracę, i tego samego oczekuję od innych.
A nie przyszło ci nigdy do głowy, że w tym coś naprawdę może być?
Dorota, proszę cię, niby co? Magię to można spotkać jedynie w bajkach dla dzieci i tam powinien ten temat pozostać.
Ale... to ty w nic nie wierzysz? – spytała Dorota, odpalając papierosa.
W nic.
Tak absolutnie w nic? Nawet w Boga?
A widziałaś kiedyś Boga? – Kinga wzięła papierosa z paczki podanej jej przez koleżankę.
Bieguna Polarnego też nigdy nie widziałam, a on istnieje! – zaśmiała się Dorota.
No dobra, masz rację, kiepski argument. Ale nie zmienia to faktu, że nie wierzę.
To raczej smutne, tak w nic nie wierzyć.
Dlaczego? – zdziwiła się Kinga. – Przynajmniej nie żyję złudzeniami. Wiem, że mam tylko siebie i tylko na siebie mogę liczyć. I muszę się starać ze wszystkich sił wyciągać z życia jak najwięcej dla siebie, bo żaden cud mi z nieba nie spadnie.
Dorota zapatrzyła się na wydmuchiwany kłąb dymu. Po chwili znów przemówiła:
Ale to chyba kiepsko działa, co?
Co kiepsko działa?
Ta twoja filozofia życiowa. Nie widać, żeby cię specjalnie uskrzydlała.
Bo moje życie, Dorotka, to pasmo niepowodzeń. Ale przynajmniej winić za to mogę też tylko siebie.
A ja wierzę, że są osoby, które mają dar przewidywania przyszłości albo robienia innych nadprzyrodzonych rzeczy! – Dorota, porzucając melancholijny ton, wyraźnie się ożywiła.
Dar? Ale skąd? Zastanów się, tak na logikę, skąd go wzięły?
Nie wiem, wiele jest tajemnic na tym świecie.
Na pewno tajemnicą jest to, jak ta cała wróżka od siedmiu boleści omamiła naszą Anetę.
Och, Anetkę to akurat łatwo omamić. – Zaśmiała się Dorota, a jej rude loki podskoczyły niczym zwolnione z uchwytów sprężynki. – Ale ja myślę, że w tych wróżbach to jednak coś jest. Sama się jutro przekonasz.
*
Kolejny dzień był równie upalny jak poprzedni. Wyglądało na to, że tegoroczna wiosna zamierzyła, iż zostanie uznana za środek gorącego lata. Od samego świtu żar lał się z nieba, a betonowe ściany bloków chciwie go łapały i magazynowały niczym kaflowe piece. Świeża trawa, która jeszcze niedawno miała odcień soczystej zieleni, powoli brązowiała, jak zdarzało się to podczas sierpniowej spiekoty.
Kinga odsłoniła okno w sypialni i natychmiast na powrót zaciągnęła zasłonę, zniechęcona blaskiem, jaki uderzył w jej zaspane oczy.
W mieszkaniu było bardzo cicho. Jak zwykle, zanim nie włączyła telewizora. Nie znosiła telewizji, drażnił ją jazgot prezenterów i denerwowały melodie reklam. Choć była dziennikarką, nie trawiła medialnego szumu, który dwadzieścia cztery godziny na dobę wylewał się z tego elektronicznego pudła. A jednak zawsze po przebudzeniu i kiedy wracała do domu, włączała je, bo panująca w mieszkaniu cisza była nie do zniesienia. Za bardzo przypominała pustkę, a tej Kinga bała się jak niczego na świecie.
No, może oprócz wieczności. Wieczności bała się jeszcze bardziej, bo oznaczała ona nieskończoną ilość czasu spędzonego w pustce.
Właściwie nie wiedziała, skąd wzięły się u niej te lęki. Towarzyszyły jej, odkąd sięgała pamięcią. Zawsze była przekonana, że po śmierci człowieka czeka jedynie zawieszenie w pustce, na zawsze, bez końca.
Czasami ta pustka wyciągała swe szpony po kogoś już za życia. Wyzierała z cichych, pustych kątów mieszkania. Najczęściej wieczorami, kiedy nie było dokąd iść, z kim porozmawiać ani do kogo się przytulić. Zresztą, czasami pojawiała się nawet pośród ludzi. Była stałym, niechcianym i przerażającym elementem życia Kingi, o którym na wszelkie sposoby starała się zapomnieć. Jej życie w dużej mierze stanowiło ciągłą ucieczkę przed tą pustką. Ucieczkę bezsensowną, bo przecież i tak czekała ona na nią u kresu dni.
Czasami było jej tak źle, że czuła, jak rozpacz rozrywa ją na kawałki. Intuicyjnie przeczuwała, że musi być jakieś ukojenie dla tego cierpienia, ale nie miała pojęcia, czym ono by mogło być. Innym razem zastanawiała się, czy jej stan nie ma przyczyn medycznych, czy przypadkiem nie cierpi na głęboką depresję i czy garść leków nie rozwiązałaby całego problemu. Coś powstrzymywało ją jednak od zasięgnięcia porady lekarza. Wiele lat żyła w poczuciu, że musi się jakoś trzymać i mieć nieposzlakowaną opinię. Resztki tego przyzwyczajenia wciąż gdzieś w niej siedziały. Kiedyś za najmniejsze potknięcie – wyjście na imprezę, głupi młodzieńczy wybryk czy zasięgnięcie porady psychiatry – mogliby jej odebrać Sebastiana, a ona nie przeżyłaby utraty go po raz drugi.
Kiedy matka umarła, Kinga miała dwadzieścia cztery lata, Sebastian – dziewięć. Ona właśnie kończyła studia, on – kolejną klasę podstawówki. Kinga jednak nie przypuszczała, że tamtego lata skończy się dla niej coś jeszcze – beztroski etap życia. Wcześniej spędzała czas jak typowa studentka – obok nauki były imprezy, wyjazdy z przyjaciółmi, używki i barwne życie towarzyskie. I chociaż gdzieś w tle wciąż towarzyszyło jej ogromne poczucie winy, nauczyła się z nim żyć i maksymalnie wykorzystywać uroki młodości. Potem z dnia na dzień została sama z dzieckiem, którego praktycznie nie znała.
Kinga otarła łzy z oczu, po raz kolejny rozklejając się nad tym, jak bardzo zniszczyła swoje życie. Ciąg błędnych decyzji sprzed lat doprowadził ją do miejsca, w którym nic już na nią nie czekało.
I wtedy pomyślała o wróżce, z którą miała się tego dnia spotkać. Po raz pierwszy dopuściła do siebie myśl, że mogła się mylić w tym temacie. A co jeśli to Aneta i Dorota miały rację? Co jeśli istniały jakieś siły nadprzyrodzone i zaklinanie ich mogło przynieść pomyślność i powodzenie?
Tak bardzo pragnęła odmiany w swoim życiu, jakiegoś zbawczego promienia światła, które uleczyłoby wszystko, co złe, wymazało to, uczyniło ją nową istotą.
Głupie mrzonki – burknęła sama do siebie, zaparzając kawę.

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką dotyczącą cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij
pixel